Artykuły

Pożegnanie

. . Opublikowano w Prorok. Odsłony: 829

Nastał już wieczór.
I Almitra, jasnowidząca, rzekła: Niechaj będzie błogosławiony ten dzień, to miejsce i twój duch, który przemawiał.

A on odpowiedział: Czy tylko przemawiałem? Czyż nie byłem także słuchaczem?

Następnie opuścił schody Świątyni, a wszyscy zebrani podążyli za nim.
I wszedł na statek, i stanął na pokładzie.

A zwróciwszy się znów do zebranych podniesionym głosem rzekł:

Mieszkańcy Orfalezu, wiatr nakazuje mi was opuścić.
Nie jest mi tak spieszno jak wiatrowi, ale mimo to muszę odejść.
My wędrowcy zawsze szukający samotnych dróg, żadnego dnia nie zaczynamy w miejscu gdzie zakończył się dzień wczorajszy, a wschodzące słońce nie zastaje nas tam, gdzie zostawiło nas o zachodzie.
Wędrujemy nawet, kiedy ziemia śpi.
Jesteśmy nasionami wytrwałych roślin i w naszej dojrzałości, a także w pełni naszego serca jesteśmy oddani wiatrowi i rozsiani po świecie.

Krótkie były moje dni pośród was a jeszcze krótsze słowa, którymi przemawiałem.
Lecz jeśli mój głos zamilknie w waszych uszach a miłość moja zblaknie w waszej pamięci znów do was przybędę.
I z sercem bogatszym a ustami bardziej posłusznymi duchowi, znowu do was przemówię.
Tak, wierzcie mi, powrócę z przypływem.
I mimo, że śmierć może mnie ukryć, a wszechogarniająca cisza wziąć w objęcia, znów kiedyś będę szukał waszego zrozumienia.
I nie będę szukał na próżno.
Jeśli cokolwiek z tego, co powiedziałem jest prawdą, ta prawda objawi się sama jeszcze prawdziwszym głosem i słowami bliższymi waszym myślom.

Mieszkańcy Orfalezu, odchodzę z wiatrem, ale nie zapadam się w pustkę.
A jeśli ten dzień nie jest spełnieniem waszych pragnień i mojej miłości, niechaj będzie chociaż obietnicą następnego dnia.
Potrzeby człowieka zmieniają się, ale jego miłość i pragnienie, by zadośćuczyniła ona wszystkim jego potrzebom pozostają niezmienne.
Wiedzcie, zatem, że nawet z wszechogarniającej ciszy – powrócę.
Mgła, która znika nad ranem zostawiając po sobie jedynie rosę na polach, uniesie się i stworzy chmurę, i opadnie deszczem.
A nie różnię się przecież od mgły.
W ciszy nocnej chodziłem waszymi ulicami a moja dusza nawiedzała wasze domy.
I bicie waszych serc jest w moim sercu, a wasz oddech na mojej twarzy.
I poznałem was wszystkich.
Tak, poznałem waszą radość i ból, a kiedy spaliście wasze sny były moimi snami.
I często byłem pośród was jako jezioro pośród gór.
Jak lustro ukazywałem wasze najwyższe uniesienia i załamania, a nawet przepływające obłoki waszych myśli i waszych pragnień.
A do mojej ciszy dochodził śmiech waszych dzieci w strumykach i tęsknoty młodych w rzekach.
A gdy strumyki i rzeki dopływały do mnie wciąż jeszcze były takie rozśpiewane!

Lecz dostałem także to, co jest słodsze ponad śmiech i wspanialsze niż tęsknota.
Jest tym wszystko to, co w każdym z was nieograniczone - ten Ogromny Człowiek, którym cały jesteś, jeśli pominąć komórki twego ciała i ścięgna, ten, w którego psalmach cały twój śpiew jest bezdźwięcznym pulsowaniem.
Jesteś ogromny dzięki Ogromnemu Człowiekowi w tobie oraz dzięki wdzięczności dla Niego, tak jak ja jestem wam wdzięczny i kocham was.
Jakie odległości można znaleźć w tej ogromnej przestrzeni, których miłość nie byłaby w stanie dolecieć?
Jakie wizje, jakie oczekiwania i jakie przypuszczenia mogłyby być lepsze niż taki lot?
Ogromny Człowiek w tobie jest jak gigantyczny dąb pokryty kwiatami jabłoni.
Jego potęga trzyma cię przy ziemi, jego zapach unosi cię w powietrze, a poprzez jego trwałość ty także jesteś nieśmiertelny.

Powiedziano wam, że jesteście jak łańcuch – tak słabi jak wasze najsłabsze ogniwo.
To jest zaledwie połowa prawdy.
Jesteście wszak tak silni jak wasze najmocniejsze ogniwo.
Oceniać was według drobiazgów to jakby oceniać potęgę oceanu według delikatności jego piany.
Osądzać was według waszych błędów to jakby obwiniać pory roku za ich zmienność.

Uwierzcie: jesteście jak ocean.
Ale, mimo że statki u waszych brzegów na mieliźnie oczekują przypływu, nawet będąc oceanem nie możecie przynaglić swoich fal.
I jesteście także jak pory roku.
A chociaż w swej zimie wypieracie się swojej wiosny, to i tak wiosna spoczywająca w was uśmiecha się sennie i nie czuje żalu.

Nie myślcie, że przemawiam tak, byście mogli rzec jeden drugiemu: „Pochwalił nas należycie. Zobaczył w nas tylko dobro”.
Ja mówię jedynie słowami, które sami znacie z własnych myśli.
A czymże jest wiedza ubrana w słowa, jeśli nie cieniem tej wiedzy, której słów nie trzeba?
Wasze myśli i moje słowa są jak promieniowanie z zapieczętowanej pamięci, która trzyma zapis naszych dni wczorajszych i wcześniejszych dni, kiedy ziemia nie znała ani nas,
ani samej siebie, a także nocy, gdy ziemia pogrążona była w zamęcie.

Mędrcy odwiedzają was by przynieść swą mądrość. Ja przyszedłem uszczknąć waszej mądrości.
I z wdzięcznością znalazłem coś wspanialszego niż mądrość.
To płomień Ducha w was, rozpalający się coraz mocniej, gdy wy niepomni na jego rosnącą siłę narzekacie na swe przeznaczenie.
Życie, które pragnie się ucieleśnić obawia się śmierci.
Tu nie ma grobów.
Te góry są kołyską i oparciem.
Gdy przemierzać będziecie pola gdzie pochowani są wasi przodkowie, przypatrzcie się dokładnie, a zobaczycie siebie tańczących ręka w rękę ze swoimi dziećmi.
Doprawdy często wasza radość jest bezwiedna.

Odwiedzają was także inni, którym wierzycie w ich piękne obietnice dając im bogactwo, sławę i władzę.
Ja niczego wam nie obiecałem a byliście dla mnie jeszcze bardziej szczodrzy.
Daliście mi głębokie, wieczne pragnienie.
Nie ma wszak lepszego daru dla człowieka niż zamiana wszystkich jego pragnień w usta spragnione, a jego życia w źródło.
I w tym pokładam swój honor i swoją nagrodę, że kiedykolwiek przybywam do źródła by napić się odkrywam, że woda także jest spragniona.
I ona pije mnie tak jak ja piję ją.

Niektórzy z was myślą, że jestem dumny i zbyt nieśmiały, aby przyjmować dary.
Tak, jestem zbyt dumny by przyjąć wynagrodzenie, ale nie podarunki.
I mimo, że jadłem jagody na wzgórzach, gdy przecież z chęcią gościlibyście mnie w swych domach i spałem pod sklepieniem świątyni, gdy z radością ofiarowalibyście mi schronienie, czyż to nie wasza troska o moje dnie i noce napełniała pokarm w moich ustach słodyczą i opasywała moje sny wizjami?

Błogosławię was najbardziej za to, że daliście dużo nie czując, że dajecie cokolwiek,
gdyż przecież dobroć, która przygląda się sobie w lustrze, zamienia się w kamień.
A dobry uczynek, który sam siebie wychwala staje się matką przekleństwa.

A niektórzy z was zwali mnie samotnikiem upajającym się swą samotnością.
I mówili: „Jemu bliskie są drzewa w lesie, ale nie ludzie.
On siada samotnie na wzgórzu i przygląda się naszemu miastu.”
To prawda, że wspinałem się na wzgórza i spacerowałem na odludziu.
Jakże inaczej mógłbym was zobaczyć, jeśli nie z dużej wysokości i oddalenia?
Jak ktoś może być naprawdę blisko jeśli nigdy nie będzie daleko?

A jeszcze inni spośród was wołali do mnie bez słów: „Obcy, obcy! Miłośniku nieosiągalnych wysokości, dlaczego kryjesz się pośród górskich szczytów gdzie orły budują swe gniazda?
Czemu szukasz tego, co niezdobyte?
Jakie burze chwytasz w swoją sieć i jakie mgliste ptaki łapiesz na niebie?
Przyjdź i bądź jednym z nas!
Uspokój i nasyć swój głód naszym chlebem a pragnienie ugaś naszym winem!”
Mówili tak w samotności swych dusz.
Lecz gdyby ich samotność była jeszcze głębsza wiedzieliby, że nie szukałem niczego innego jak tylko sekretu waszej radości i waszego smutku,
A chwytałem jedynie wasze doskonalsze jaźnie przechadzające się po niebie.

Ale łowca był jednocześnie ofiarą.
Wiele strzał wypuszczonych z mojego łuku dosięgło mej własnej piersi.
Jednak nie tylko latałem, ale i pełzałem.
Cień moich skrzydeł rozpostartych w słońcu kładł się na ziemi jak żółw.
I będąc wierzącym byłem jednocześnie wątpiącym.
Bowiem często jątrzyłem własne rany, aby posiąść więcej wiary w was i więcej wiedzy o was.
I dzięki tej wierze i wiedzy mówię wam, że nie jesteście zamknięci w swoich ciałach lub ograniczeni przez swe domy czy pola.
To, co jest wami, ma schronienie ponad górami i wędruje z wiatrem.
To nie jest coś, co pełznie do słońca po ciepło lub wwierca się w ciemność dla poczucia bezpieczeństwa.
Ale jest swobodne, duchem, który okrąża ziemię i wzbija się w przestrzeń.
Jeśli te słowa są niejasne, nie próbujcie ich wyjaśniać.
Niejasne i zamglone jest początkiem, nie zaś końcem wszystkiego i byłbym zadowolony gdybyście pamiętali mnie jako początek.
Życie, wszystkie życia, są poczęte we mgle, nie zaś w krysztale.
A któż to wie czy i kryształ nie powstaje z mgły?

Oto, co pragnę byście pamiętali wspominając mnie: to, co zdaje się być najdelikatniejsze i onieśmielone w was jest w rzeczywistości najsilniejsze i najtrwalsze.
Czyż to nie wasz oddech zbudował i wzmocnił konstrukcje waszych kości?
I czy to nie marzenie, którego już nie pamiętacie, zbudowało wasze miasta i ukształtowało wszystko, co się w nich znajduje?
A gdybyście mogli ujrzeć jak rozchodzi się ten oddech, przestalibyście widzieć wszystko inne.
A gdybyście mogli usłyszeć szept marzenia, przestalibyście słyszeć wszystkie inne dźwięki.
Ale nie widzicie i nie słyszycie, i to dobrze.
Zasłona na waszych oczach winna być uniesiona przez dłoń, która ją utkała,
a glina, która wypełnia wasze uszy powinna być usunięta przez palce, które ją ugniatały.
I wtedy przejrzycie na oczy.
I wtedy usłyszycie.
Ale nie narzekajcie, że zaznaliście ślepoty ani nie żałujcie, że byliście głusi.
Gdyż tego właśnie dnia poznacie odpowiedzi na wszystkie pytania i będziecie błogosławić ciemność jak błogosławicie światłość.

Powiedziawszy to wszystko rozejrzał się i zobaczył kapitana swego statku jak stał u steru i spoglądał to na rozpięte żagle, to w dal.
I powiedział:
Wielka jest cierpliwość kapitana mojego statku!
Wiatr wieje i żagle są niespokojne.
Nawet ster błaga o rozkazy.
Ale kapitan czeka aż zamilknę.
A ci spośród mych marynarzy, co słyszeli chór ogromnego morza, także i mnie słuchali cierpliwie.
Ale nie powinni już dłużej czekać.
Jestem gotów.
Strumień dopłynął do morza i kolejny raz, jak wspaniała matka, przywołuje ono swego syna do piersi.

Zostańcie w pokoju mieszkańcy Orfalezu.
Ten dzień dobiegł końca.
Zamyka się dla nas, jak lilia wodna, do jutra.
Zachowajmy cośmy tu otrzymali,
A jeśli to nie wystarczy będziemy musieli spotkać się znów i znów by razem wyciągnąć ręce do tego, kto nas może obdarować.
Nie zapomnijcie, że wrócę do was.
Za niedługą chwilę moje pragnienia nabiorą wystarczająco popiołu i piany dla innego ciała.
Jeszcze niedługa chwila, moment odpoczynku na wietrze, i odrodzę się w innej kobiecie.

Żegnam was i młodość, którą spędziłem z wami.
To wczoraj spotkaliśmy się w snach.
Śpiewaliście mi w mej samotności a ja zbudowałem z waszych pragnień wieżę aż do nieba.
Ale nasz sen prysnął i pojaśniało.
Mamy już południowy przypływ i nasze przebudzenie zamieniło się w pełnię dnia, i musimy się rozstać.
W półmrokach pamięci powinniśmy spotkać się ponownie by znów rozmawiać i byście zaśpiewali mi dojrzalszą pieśń.
A jeśli nasze dłonie spotkają się w innym śnie, powinniśmy zbudować jeszcze jedną wieżę do nieba.

Powiedziawszy to dał znak załodze, i natychmiast podnieśli kotwicę i uwolnili statek z lin cumowniczych i odpłynęli na wschód.
I rozległ się płacz ludzi jakby płynący z jednego serca, i zamienił się w zmierzch i został uniesiony przez morze jak dźwięk trąbki.
Jedynie Almitra milczała patrząc na oddalający się statek aż zniknął we mgle.

I gdy wszyscy już poszli ona ciągle stała na brzegu rozpamiętując w swym sercu to, co powiedział: „Jeszcze niedługa chwila, moment odpoczynku na wietrze, i odrodzę się w innej kobiecie”.

Khalil Gibran, Prorok - fragmenty